140 2011-12-20 23:39:18

melancholijnie pobudzony pakuję prezenty, jak co roku przy rytmach samby sącząc coś z procentem. taka to już moja świecka tradyszyn, własna i lubiana. papier w gwiazdki, iglaste gałęzie, mordy reniferów odbija się w źrenicach, widzę bożoporodowo. gdzieś we mnie mnie cieszy wizja świąt in Wien, trzeba się tylko spakować, do czego nigdy nie mam głowy lub innej części ciała. rozglądam się po mieszkaniu troszeczkę bezradnie. walizka pusta, a wokół chaos. osiągające dno pudełko ptasiego mleka (tak, jestem grzeszny), niedopita kawa, łachy jeszcze do prania i szybkiego suszenia, ścinki w gwiazdki, iglaste gałęzie, mordy reniferów, resztki taśmy klejącej, wiara, że wszystko zrobi się samo. cudu mi trzeba, cudu. może zacząć od listy rzeczy do zabrania, choć to sensu nie ma, bo i tak czegoś nie zabiorę, a coś innego zabiorę w nadmiarze. taka to już moja świecka tradyszyn, własna, nie lubiana. tymczasem siadam do kompa i stukam klawiszem jak wysokim obcasem na wybiegu tej oto wirtualnej kartki. gdzieś biegnę na siedząco goniąc tych kilka słów, półsłówek z głowy lub być może innej części ciała


niech wam będzie odświętnie (ale bez przesady)! pozdrowienia stąd!

skomentuj (2)

139 2011-12-05 15:37:22

zastanawiam się, jaka jest u mnie zawartość życia w życiu, i bilans wskazuje na ogólne zdziadzienie. ospałość, marazm, wygodnictwo, podsumowując - emeryten party. a przecież w metryce jeszcze cyfra nie straszy, choć mała nie jest. skąd więc ta śnięta ryba, rozkładające się na sofie truchło? tracące termin ważności marzenia rzucone w kąt, przykurzony wyblakły temperament... symbolicznego i dosłownego ruchu w tym moim życiu tyle co brudu za paznokciem, a o pazury jako tako dbam. gdzie zew, pęd, wiatr we włosach? a chuj przygodo!

jedynie w kuchni ruchy robaczkowe. zabieram się zamaszyście za ciasto bez pieca, za to pożenione z lodówką. dno osiągam za pomocą kruszonych na okruchy kruchych ciastek z dwóch paczek, babrzę je w twarogu, wszystko podkręcając mocnym czarnym rumem. ten opalizuje jak płynne stare złoto, mógłbym się w nim kąpać. pociągam łyk i czuję się jak pirat drogowy z karaibów. potem na wolnym ogniu upłynniam kilka tabliczek gorzkiej czekolady i jest to czynność prawie alchemiczna. wszystko nasycone zmysłem i rozpustą, składniki jak z nieśmiałych erotycznych fantazji. nic tylko lać i lizać. ja jedynie wstawiam w zimno, niech się studzą emocje i ciasto na później. jeść po dwóch godzinach

skomentuj (3)

138 2011-11-08 10:42:17

w synapsach ciągle słowa z ust maszy pawłowskiej – obowiązkiem człowieka jest dobrze wyważona skuteczność. mielę to zdanie w sobie od kilku tygodni, drażni mnie jak ziarno piasku wyściełane delikatnością wnętrze małża. czy będzie z tego perła, zmiana punktu widzenia, jakiś efekt, nawyk, czy tylko kolejne przetrawione intelektualne gówno? nie wiem, w którym kierunku zmierza zachodzący proces. znając siebie dotychczas - gnoju pode mną wiele. a chciałbym inaczej

tymczasem wasze idealne połączenie zawadiackości olivera, erotycznego wdzięku lawson, bezwzględności ramseay, sybaryctwa makłowicza, klasy okrasy i kurwienia gesslerowej uprzejmie donosi o własnych wyczynach. prywatne “kuchenne rezurekcje” przyniosły w weekend perwersje z nowo odkrytym wcieleniem czerwonej kapusty (ach te eksperymenty) oraz pieprzenie się przez cały długi wieczór z dyniową tartą (efekt orgazmiczny, ale tylko dla szczególnie wytrwałych kochanków). strach się bać, czym jeszcze zaskoczy aktualny sezon. ciąg dalszy nastąpi

skomentuj (3)

137 2011-11-03 08:29:20

mgła za oknem, mgła w głowie. tylko jakieś przeczucia bez wyraźnych zarysów. za to wewnętrzna potrzeba przejawów zwykłej małej troski o siebie w tym kolejnym bezświetlnym sezonie, do marca. tym bardziej, że ciało już nawet nie szepce, tylko woła bólem pleców, kolana, które po urazie nie wie nadal, jak było dobrze przed nim. coraz częściej w kuchni, bliżej ognia, kojarząc ze sobą składniki jak dobra swatka, prowokując smaki i zapachy do kojenia zmysłów. dużo marchewkowego ciasta, dyniowej tarty, owsianych ciasteczek z suszonym ananasem lub czarną porzeczką. czytanie, pisanie. pokoje wyściełane światłem świecy, muzyką. pogotowie opiekuńcze, ratunek dla nastroju

skomentuj (3)

136 2011-09-22 11:40:09

z dala. miasto w tyle głowy, nawet nie, gdzieś poza pamięcią. pierwsze ślady jesieni, które obserwuję choćby mimochodem. odlatujące gęsi, nocne porykiwania godujących jeleni, poranna rosa rozpięta na pajęczynach babiego lata. rytm pracy, tej fizycznej, jakże nasyconej sensem, treścią, w odróżnieniu od jałowego siedzenia za biurkiem. zmaganie się z kamieniami, osadzanie ich ciężkich kształtów w nowym przeznaczeniu. wiatr na spoconej skórze. ciało twardnieje, prostują się myśli. wysiłek, który czyni silniejszym, uczy bycia tu i teraz. który daje cichą, wcale nie pospolitą radość z widocznych efektów. w przerwach zachłystywanie się powietrzem gęstym od zapachu września

skomentuj (3)

135 2011-08-16 15:05:30

gdyby istniało pogotowie opiekuńcze dla zapomnianych blogów, to już dawno powinno interweniować - odebrać mi wszelkie prawa do mojego porzuconego “dziecka”, opisać mnie w prasie, pokazać w wiadomościach, bezlitośnie napiętnować, nazwać “wyrodnym” i “nieodpowiedzialnym”. zastrzec, zabronić, nie dać więcej dostępu. tymczasem sieć jak matka święta wykazuje anielską cierpliwość przechowując bezpiecznie w swym łonie tych kilkadziesiąt notek pisywanych niegdyś regularnie, tworzących martwy obecnie ciąg mych wynurzeń, wypróżnień, wynaturzeń.

skomentuj (4)

134 2011-04-04 13:20:55

słowa są niesłowne, nietreściwe, niewypowiadalne - zaniedbane kurzą się w głębi czaszki. nie protestują, nie drażnią języka, nie domagają się głosu. jak kronos pożeram wszystkie nowo narodzone zdania, jak sinobrody skazuję notki na śmierć. zasuszone truchła opowieści wypełniają moje wewnętrzne piwnice. bawię oczy fotografią, palce srebrem lub papierem, uplastyczniam, wyżarzam, wizualizuję. słów nie chcę, od słów uciekam, słowom nie wierzę

skomentuj (4)

Księga Gości